Kontakt:

Stowarzyszenie Pomost
ul. Kłuszyńska 20/26
60-136 Poznań
tel. 061 861 92 75

 

Tomasz Czabański

prezes

tel. 601 469 494

 

Maksymilian Frąckowiak

archeolog

tel. 667 609 494

 

Adam Białas

kierownik robót

tel. 603 609 494

 

Paweł Łagódka

przedstawiciel regionalny na Wielkopolskę Południową

tel. 695 938 931

 

Przemysław Pasternak

przedstawiciel regionalny na Wielkopolskę Wschodnią

tel. 663 717 571, 603 098 424

 

 

 

Angielscy jeńcy

W pierwszej połowie 1940 roku przystąpili Niemcy do przebudowy zwykłej polnej drogi, jaką była wówczas ul. Grunwaldzka na odcinku od ul. Junikowskiej do Fortu VIII. Prace rozpoczęto od wyłożenia faszyną nawierzchni dzisiejszej ul. Sieradzkiej (ul. Gen. Józefa Hallera), którą dowożono później cement i żwir. W końcu lata zaczęto przyprowadzać codziennie pod wojskową eskortą obozujących w jednym z pobliskich fortów – angielskich jeńców wojennych. Zatrudniano ich przy niwelowaniu drogi i pokrywaniu jej grubym pasmem betonu. Ciężka to była praca, zwłaszcza na gliniastym odcinku między ul. Junikowską i Świebodzińską. Ziemię rozwożono taczkami lub częściowo wagonikami na szynach.

W tym okresie jeńcy przymierali głodem. Polacy podrzucali im chleb, masło, lub co kto miał. Czynili to jednak ukradkiem, bo za taką pomoc groziło więzienie lub obóz pracy. W taki to sposób za rzucenie jeńcowi papierosa dostał się do więzienia Ignacy Krzyżaniak. W sklepie Stefana Czabańskiego był wystawiony, za zgodą Niemców, kosz. Do niego można było składać żywność dla Anglików, z wyjątkiem masła. Pomysłowi mieszkańcy Junikowa przekrawali bochenki chleba wzdłuż, drążyli je, nadziewali masłem, smalcem lub cukrem, składali połówki ze sobą i jako zwykły chleb wkładali do kosza. A trzeba pamiętać, że były to artykuły nabywane drogą bardzo ograniczonego przydziału.

W mieszkaniu Stefana Czabańskiego gotowano też kawę zbożową, którą jeńcy w towarzystwie niemieckich żołnierzy codziennie odbierali. W czasie takich krótkich wizyt zawiązywała się między gospodarzem domu a jeńcami krótka rozmowa w języku angielskim, na którą niemiecka straż zezwalała, nie rozumiejąc jednak jej treści. Pewnego razu jeden z Anglików poprosił o dostarczenie mu dokładnej mapy Niemiec i cywilnego ubrania nie tając, iż planuje ucieczkę. Po jakimś czasie zakonspirowanym sposobem otrzymał ją. Pewnego dnia jeńcy nie przyszli do pracy. Po paru dniach, gdy znów, jak zwykle, przyszli po kawę, pilnujący ich niemieccy żołnierze oznajmili, że kilku Anglików zbiegło z obozu.

Godną podkreślenia była dyskrecja i wzajemna solidarność jeńców. Nawet małą bułką dzielili się sprawiedliwie, krojąc ją na tyle części, ilu ich było. Gdy ktoś podrzucił im chleb lub trochę masła, udawali, że niczego nie widzą. Zabierali dopiero wtedy, gdy strażnik oddalił się lub odwrócił.

W drugiej połowie września 1940 roku otoczono teren szkoły (dzisiejsze Liceum Plastyczne) podwójnym drutem kolczastym, z trzema wieżami strażniczymi. Pierwsza od zachodu dotykała prawie ul. Junikowskiej (budował ją cieśla Leon Sierżant), druga stała przy parceli Płaczków, trzecia wznosiła się od wschodu, w pobliżu ul. Soboteckiej. W sobotę dnia 26 października wojsko niemieckie zarekwirowało domek mieszkalny Franciszki Styp – Rekowskiej przy ul. Junikowskiej. Po trzech dniach właścicielkę, której mąż przebywał jeszcze w jenieckim obozie, przygarnął brat Leon Frąckowiak, mieszkający w pobliżu ul. Soboteckiej. Później znalazła schronienie u swojej znajomej Nowickiej. Dom Franciszka włączono wraz z parcelą w obręb odrutowanego terenu.

W dniu 2 listopada przywieziono około 300 – 350 jeńców i zakwaterowano w obozie. Byli wychudzeni, zarośnięci i obdarci. Na nogach mieli drewniane saboty. Sytuacja Anglików zmieniła się zupełnie, gdy po trzech tygodniach zaczęli otrzymywać paczki z żywnością i odzieżą ze Szwajcarii przez pośrednictwo Czerwonego Krzyża. Każdy z jeńców otrzymał dwa mundury. Jeden "na święto", drugi do pracy. Starą odzież palono na dziedzińcu kościelnym. Wtedy to oni, jeńcy, zaczęli podrzucać – zwłaszcza dzieciom – smakołyki, jak cukierki i czekoladę. Papierosy chętnie wymieniali na chleb, tłuszcz i mięso. Anglicy (wśród których było sześciu Szkotów w kraciastych spódnicach spod których wystawały kosmate nogi, w beretach z pomponami na głowach) do pracy wychodzili codziennie o godz. 7.00 rano, a wracali o 17.00. Pracowali nadal przy ul. Grunwaldzkiej. Część z nich jednak pracowała w Forcie VIII, gdzie w podziemiach mieścił się, magazyn apteczno – sanitarny, tzw. Sanitätspark.

Na święta Bożego Narodzenia mieli już angielscy jeńcy pianino. Chętnie śpiewali swoje, niezbyt zresztą melodyjne piosenki. Organizowali też dla siebie amatorskie przedstawienia. Nie brakowało im dowcipu, o którym świadczy choćby taka oto podpatrzona scenka: Zmiana strażników. Żegnają się słowami "Auf Wiedersehen", na co dowcipny Anglik dopowiada głośno: "In England".

Zimą 1940/41 zdarzyła się zabawna historia i to pomiędzy niemieckimi strażnikami. Wśród nich znajdował się niejaki Paul Kurek z Nadrenii, z pochodzenia Polak. Skończony zawadiaka i awanturnik. Był on cichym łącznikiem w kontaktach między Polakami i Anglikami. Dostarczał jeńcom chleb, mięso, wymieniał angielskie papierosy na żywność. Podchmielony śpiewał wśród Polaków "Jeszcze Polska nie zginęła", a raz nawet rzucił butelką w portret Hitlera, wyrażając się o nim w sposób mało kulturalny. W pewną styczniową niedzielę 1941 roku udał się do Plewisk Marian Chwirot z Junikowa. Ziemię pokrywał świeży, lepki śnieg. Niemieckie podrostki zaczęły obrzucać Mariana śnieżnymi kulami, tak iż musiał schronić się do pobliskiego sklepiku. Traf chciał, że był tam też ów Paul, razem z czterema innymi młodymi Polakami. Paul wyciągnął zza cholewy pałki gumowe, rozdał je Polakom , kazał bić ile się zmieści i krzyczeć: "Du verfluchte Pole!..." Ci zrobili rzecz tak solidnie i fachowo, że trzeba było wezwać karetkę pogotowia. Oczywiście bijący zniknęli w ciemności wcześnie zapadającego zmierzchu. W poniedziałek rano policja szukała winnych. Gdy ich nie znaleziono, rozgłoszono, że sami Niemcy między sobą tak się pobili.

Wiosną 1941 roku obóz jeniecki zelektryfikowano. Silnik spalinowy wraz z prądnicą umieszczono w szopie przylegającej do kościoła. Na wieżach, na których były umieszczone reflektory czynne nocą, mieli swoje stanowiska strażnicy uzbrojeni w karabiny. Komendantem obozu był niemiecki major. Mieszkał u ks. Leonarda Gierczyńskiego. Biuro znajdowało się w domku Anny Mańczak. Natomiast strażnicy mieszkali w domku na placu kościelnym oraz u Sylwestra i Czesława Rapiorów. W domku Styp – Rekowskich urządzono bardzo prymitywny szpitalik dla jeńców.

Anglicy zostali wycofani z Junikowa w maju 1941 roku. Od tej chwili Polacy stracili wszelki kontakt z nimi. Jeńcy pozostawili po sobie dobrą pamięć jako solidni, twardzi i nie dający się niczym zastraszyć – żołnierze.

Po ich odejściu prawie natychmiast zostali w obozie umieszczeni Żydzi.
 

                                                                                                                                                 Ewaryst Czabański

 

Copyright: Stowarzyszenie Pomost, kopiowanie materiałów ze strony bez zgody autora zabronione

www.pomost.net.pl

projekt: fryga.com