Kontakt:

Stowarzyszenie Pomost
ul. Kłuszyńska 20/26
60-136 Poznań
tel. 061 861 92 75

 

Tomasz Czabański

prezes

tel. 601 469 494

 

Maksymilian Frąckowiak

archeolog

tel. 667 609 494

 

Adam Białas

kierownik robót

tel. 603 609 494

 

Paweł Łagódka

przedstawiciel regionalny na Wielkopolskę Południową

tel. 695 938 931

 

Przemysław Pasternak

przedstawiciel regionalny na Wielkopolskę Wschodnią

tel. 663 717 571, 603 098 424

 

 

 

Junikowskie wydarzenia w przełomie stycznia i lutego 1945 roku cz. 2

Długo trwały o zdobycie fortów VIII i VIIIa. Te XIX wieczne umocnienia w połączeniu z pospiesznie zbudowanym w końcu 1944 roku silnym betonowym bunkrem , stanowiły fortyfikacyjny kompleks trudny do zdobycia. Specjalne gąsiennicowe działa ustawione w ogrodach przy ul. Krośnieńskiej , w dzień i w nocy strzelały wprost do owych fortyfikacji. Szczególnie groźne były działa stojące wzdłuż dzisiejszej ul. Jeleniogórskiej i ul. Sieradzkiej. Ostrzeliwały one cytadelę i to przeważnie w nocy. Ich kanonada wstrząsała licznymi domami, powodując nieraz głębokie pęknięcia ścian.

Niebezpieczny był atak na forty skierowany od strony miasta. Zabłąkane lub niecelne pociski trafiały w junikowskie domy rujnując je poważnie. I tak w domu na narożniku ul. Grunwaldzkiej i Junikowskiej padający pocisk zburzył narożnik piętra, wyrywając równocześnie drzwi z futryną. Przy ulicy Junikowskiej runęła dosłownie cała szczytowa ściana domu należącego obecnie do p. Kacznarków. Olbrzymia wyrwa we frontowej ścianie domu p. Głowackich i zerwana połowa dachu p. Leitgeberów przy ul. Junikowskiej, to także dzieło owych pocisków. Podobnych zniszczeń było w okolicy znacznie więcej. Nie sposób wyliczyć ich wszystkich. Jedno jest pewne: mało było w skali całego Junikowa budynków, które by nie ucierpiały w owym czasie. Lecz gorsza od samych działań wojennych była przeciągająca się i niezwykle uciążliwa obecność wojsk sowieckich na terenie naszego osiedla . Starsi mieszkańcy do dziś nie mogą zapomnieć owych mroźnych nocy, wypełnionych hukiem artyleryjskich salw i błyskami rozrywających się pocisków. Mówią o panicznym lęku o życie najbliższych i swoje. W takie to bowiem noce, jakby nie dość było całej okropności wojny, nękały mieszkańców pijane watahy czerwonoarmistów. Z "pepeszami" w ręku dobijali się do domów, przetrząsali mieszkania, szukając kobiet i dziewcząt, a w kieszeniach "Germańców".

Gdy po zdobyciu fortów wojenny zgiełk przycichł nieco, co śmielsi mieszkańcy zaczęli wychodzić z piwnic i kryjówek. Oczom ich ukazał się ponury obraz pobojowiska: porzucony w nieładzie sprzęt bojowy, zniszczone pojazdy wojskowe, jak choćby ciężarówka przy ul. Grunwaldzkiej załadowana amunicją przeciwlotniczą, z której część wybuchła, kompletne działo przeciwlotnicze pozostawione przy domach naprzeciw fortu VIII, to znów sowiecki czołg na terenie dzisiejszej firmy farmaceutycznej "GlaxoWilkomSmith", trafiony "Panzerfaustem". Na ulicach ścieliły się trupy poległych Niemców. Było ich sporo zwłaszcza na ul. Junikowskiej i Sieradzkiej. Na tej ostatniej, przy dzisiejszej lecznicy dla zwierząt, leżało ich około siedmiu. Lecz to co można było obejrzeć na ul. Świebodzińskiej na wprost budynku p. Derpińskich, było wstrząsające. Na jezdni leżało obok siebie dwóch zabitych żołnierzy: Niemiec i Rosjanin. Z ich przestrzelonych głów spływały dwie stróżki krwi, łączące się w zagłębieniu jezdni, tworząc jedno zamarznięte, krwawe bajorko – jakby jakiś dramatyczny symbol pośmiertnego pojednania.

Tymczasem nadal trwało oblężenie cytadeli. Nocami nadlatywały niemieckie samoloty ze zrzutami dla walczącej załogi, lub też bombardujące ocalałe obiekty magazynowe. Na nocnym niebie krzyżowały się wtedy świetliste smugi reflektorów i strzelała artyleria przeciwlotnicza. Często też przelatywały z ciężkim, charakterystycznym dudnieniem Junkersy – niemieckie samoloty transportowe. Zdarzały się również sporadyczne, nagłe ataki pojedynczych samolotów Luftwaffe w dzień. Przypominam sobie taki właśnie nalot i odrywające się od samolotów bomby. Jedna z nich spadła w pobliżu dzisiejszego "Samu" przy ul. Grotkowskiej. Była to bomba zapalająca, która jednak nie wybuchła. Zdarzały się też przypadki ostrzelania przechodniów z broni pokładowej. W taki sposób raniono w nogę Tadeusza Strzelczyka, który do końca życia pozostał kaleką.

W końcu lutego, gdy trwały jeszcze walki o Poznań, mieszkający w Junikowie ówczesny alumn Włocławskiego Seminarium Duchownego, a późniejszy proboszcz w Herbach Szlacheckich, dobrze znany starszej generacji Junikowian, ks. Stanisław Michalak, rozpoczął starania o wznowienie działalności naszej parafii. Przedwojenny proboszcz junikowski ks. Leonard Gierczyński nie powrócił jeszcze wówczas z obozu w Dachau. Lecz Stasiu Michalak (bo tak go tu wszyscy nazywali) znając ukrywającego się na terenie Poznania księdza Feliksa Michalskiego ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Rodziny, w imieniu junikowskich parafian wyjednał u władzy duchownej to, że ks. biskup Walenty Dymek powołał ks. Michalskiego na administratora parafii św. Andrzeja Boboli. 20 lutego 1945 ks. Michalski przybył do Junikowa i natychmiast z pomocą ks. Stanisława przystąpił do uporządkowania kościoła. Wielka była ofiarność i poświęcenie mieszkańców. Do pracy włączyła się też spontanicznie i bezinteresownie młodzież. Optymizmem napawał widok pokaźnej grupy młodzieży porządkującej z uśmiechem i zapałem wnętrze kościoła. Z pośród nich zapamiętałem niestety tylko dwóch, przedwojennych ministrantów: Tadeusza i Kazimierza Szukatów. Podobnie Henia i Irka Winklówne – tylko te dwie przypominam sobie z licznej gromady dziewcząt i chłopców, co to z drewnianym wózkiem wybrali się do p. Gallego – ogrodnika, po kwiaty dla przyozdobienia ołtarza. Z podobnym entuzjazmem uzupełniono braki wyposażenia wnętrza kościoła, począwszy od krzyża, aż do krzeseł włącznie.

I właśnie z tymi krzesłami przypomina mi się pewna przygoda. Przenosiłem wspólnie z ks. Michalakiem krzesła od p. Ratajczaka z ul. Krośnieńskiej do kościoła. Gdy szliśmy dzisiejszą ul. Bełchatowską (w miejscu, w którym przepływa łąkami strumień) zostaliśmy ostrzelani przez żołnierzy stojących obok dział przy ul. Sieradzkiej. Pociski poszły ponad naszymi głowami, a my zgięci w pół, z duszą „na ramieniu”, jakoś donieśliśmy krzesła do kościoła. Najgorsze w tym było to, że aby przenieść wszystkie krzesła, musieliśmy naszą „przeprawę” dwukrotnie powtórzyć, ku każdorazowej uciesze ruskich dowcipnisiów.

 

Ewaryst Czabański
 

                                                                                                                                       

Copyright: Stowarzyszenie Pomost, kopiowanie materiałów ze strony bez zgody autora zabronione

www.pomost.net.pl

projekt: fryga.com